Nie miałam siły i nie chciałam, bałam się pisać, tak jakbym chciała, żeby nie zostało śladu po tym czasie.
Ale ten czas jest zbyt ważny. Od półtora miesiąca jestem w Polsce, 14 marca przylecieliśmy z Piotrkiem praktycznie ostatnim samolotem. Spakowałam kilka par majtek, zamknęłam mieszkanie nie wiedząc, kiedy następnym razem je zobaczę. Minęło półtora miesiąca i właściwie jestem dalej od tej odpowiedzi.
W międzyczasie wydarzyło się wiele, Mama chorowała na koronawirusa, z dnia na dzień zwolnili mnie z pracy. To znaczy, -za karę- że przyjechałam tutaj, z pewnym błogosławieństwem Baśki, w jednym dniu zaoferowali mi kontrakt w Warszawie. Skomplikowanie sytuacji i pewne poczucie uwiezięnia wywaliło mnie na skraj regresu mentalno- duchowego. Wróciłam do Skierniewic, z trudem do swojego pokoju, w którym znowu przewalam się przez listy, książki i widoki z okna. Coraz bardziej jest dla mnie jasne, że praktycznie z rachunku prawdopodobieństwa wynika, że możesz albo kochać albo nienawidzić to miejsce, w którym się urodziłaś. Całe życie tyram się za to.
Wiem, czego potrzebuję.
Boję się sobie tego przyznać w razie, gdybym nie była w stanie tego zdobyć.
A duszę się tu i to nie jest miejsce dla mnie. Wiele osób mnie wspiera, ale też wiele osób nie jest dostępnych tak jak zwykle - choć byłam bardzo skłonna,
No comments:
Post a Comment