Teraz to się nazywa future journal i jest to przysługa dla przyszłej mnie, podobno, pisać.
Z jednej strony jest potrzeba wylać się, z drugiej nie, z drugiej po prostu nie ma medium, przez które bym mogła adekwatnie. Zazdroszczę ludziom talentów, jak dużo prawdy było w tym stwierdzeniu, że jestem wszystkim i niczym, że mogłabym być dobra w czym zechę, ale mi się nie chce.
Wybór to zamknięcie, a zamknięcie to śmierć. Rutyna to śmierć, a jakoś trzeba siebie oszukać, że rutyna to to czego mi trzeba w jakimśtam stopniu, żeby ciągle nie uciekać. Jestem kwintesencją rozmieniania się na drobne, szeroko i płytko, ale nie ma powodu myśleć, że inni wiedzą lepiej, jak żyć. Ja szukam jakichś dziwnych pocieszeń w horoskopach i typach osobowości. Mój stan docelowy to niepokój, nie wiem czy da się mnie kochać tak, żeby było inaczej, nie sądzę/ to się we mnie kończy i zaczyna. ta myśl jednocześnie poddaje pod wątpliwość ludzką interakcję, bo czy w ogóle da się przebić przez nasz film, czy inni mogą być czymś więcej niż tylko aktorami pod nasz scenariusz? Drugość Innego mnie przerasta, jego osobność mnie przerasta, a może raczej właśnie moje filmy nt. Innego mnie przerastają. Ćwiczę się w vulberability, w mówieniu co czuję, czuję więcej niż bym chciała no i teraz, no np ten weekend:
Mati ukradł haribo na stacji. najpierw zarysowałam perfekcyjną nitkę logiczną między tym a holocaustem, a po 2 dniach stwierdziłam, że to w sumie zabawne i fuck the system.
Mati powiedział, że cipka nie jest dla niego atrakcyjna wizualnie, anzi. Płakać mi się chciało przez 2 dni, a i wciąż nie doszłam do siebie. No i teraz co? Nie jest problemem napisać rozprawkę, jak bardzo jest to stwierdzenie seksistowskie, antyludzkie i jak tak można o organie, który daje życie. Przecież nie chodzi o to, że cipka nie jest obiektywnie wizualnie atrakcyjna. Chodzi o to, że jego szczerość dotyka tam gdzie mnie boli. A raczej, tam gdzie mnie boli czy tam gdzie jest miękko ta szczerość upada. Bo inne szczerości przechodzą niezauważone.
Muszę pisać, muszę pisać, bo zmiany, które we mnie zachodzą, są coraz bardziej nieuchwytne, mimo, że ogromne.
Mimo mrygających czerwonych świateł, biorę z naszej relacji wielką kosmiczną lekcję. Nieważne co się stanie, nauczyłam się już o sobie rzeczy, których mi nikt nie zabierze, bo wrosły mi w dna, to wszystko jest potrzebne i nieprzypadkowe. Jeśli w coś wierzę, to właśnie w to. Wykluwam się ja, poczucie celowości (nie mylić z celowością), tocząca się emocjonalność i jakieś takie po prostu bycie bez użyteczności
No comments:
Post a Comment